Szok.
Parę planów co do tego bloga mam, pytanie czy wystarczy silnej woli do ich realizacji.
Chcę, albo i nie chcę, żeby było mniej marudzenia a więcej pozytywów.
Bo czasem tak mam, że chce sobie coś napisać.
Tyle.
(póki co)
p.s. A swoją drogą, to do czego może pchnąć skrypt z nudnego przedmiotu leżący na łóżku...
Jest tak, jak To zawsze miało wyglądać. Albo inaczej: tak jak sobie o Tym marzyłem.
I wszystko zaczyna pasować.
To, co wcześniej torturowało lub irytowało, nareszcie może być tym, czym być powinno.
Piosenki-terrorystki, już nimi nie są i wreszcie mogą odgrywać tę lepszą, bo pozytywną rolę a nie wiecznie dołować.
I nic poza Tym.
Mam wrażenie, że całe moje życie orbituje wokół Tego.
I ten zapach wokół mnie...
A tak poza tym, bez robienia maślanych oczu, to weekend w domu-domu (w odróżnieniu od domu - tak coby łatwiej było).
Ostatnie dni zadziwiająco intensywno-leniwe, taki zdrowy miks:)
A Poznań się trochę duszny zrobił ostatnio.
I pusty. Zaskakująco pusty. Ale to na kiedy indziej opowieść.
I ostatnio ciągle w rozjazdach...
Coś nie mogę zebrać myśli.
One uciekają i ja też już uciekam.
Dobranoc.
Dzień sprzątania na strychu nastąpił, więc mój karton z różnymi moimi pierdółkami, który dwa miesiące temu tam wyniosłem, niczym bumerang powrócił i kazał się rozpakować i wyrzucić.
Znalezione zostały:
- kolekcja pocztówek z miliona miejsc, które powinienem wypieprzyć, ale trochę mi szkoda
- pierdółki, które dobrze mi się kojrzyły i postanowiłem sobie zostawić np. dwa niebieskie jajeczka z 'Kinder Niespodzianki' (nie mam zielonego pojęcia czemu dobrze mi się kojarzyły... może po prostu chciałem zrobić z nich granaty z proszkiem do pieczenia?), albo bilety do kina...
- parę śmieci
- zapalniczki West'a z torami Formuły 1
- zeszyt z moimi notatkami na bloga sprzed 4 lat...
I tak właśnie przez ten zeszyt pomyślałem sobie, że dawno tu nie byłem.
I pomyślałem też, że tyle razy wysrywałem się tu, będąc nieszczęśliwy, że choć raz mógłbym coś tu napisać, kiedy wszystko wydaje się układać.
Bo... Lubię, kiedy moje życie wygląda tak, jak teraz.
No. I tyle:)
Tak sobie siedze w domu dziś. Jest już wieczór i zrobiłem bilans dnia. Poza zawiezieniem taty na dworzec, nie zrobiłem dziś nic (słownie: NIC) ;p
To znaczy, moment, bo może zabrzmię zbyt melodramatycznie. Zrobiłem, owszem, i to dużo. Dałem radę pograć na komputerze, poleżeć obejrzeć mecz, choć nie w całości, bo to jednak już wysiłek;p
W każdym razie, do czego zmierzam, a czego nie udaje mi się osiągnąć przez to całe zawoalowanie (co za słowo!!!), to to, że, kurde, tak naprawdę po wała mi studia?;p Mogę se siedzieć, pójdę do pracy - takiej czy innej. Będę naganiał Grekom pieczary albo wklepywał dane do komputera, albo coś wymyślę...
Bo, rzecz w tym, że wiem, że głupi nie jestem. Więc, po grzyba, za przeproszeniem, mi ludzie co mi będą mówić, że jednak jestem?
No, ale i tak kombinuję;p
Z myśli przedtelewizorowych, to taka reklama, chyba Aspiryny, mogłaby być przecież też reklamą jakiegoś super proszku do prania. Bo tam pan wychodzi po pieska, co uciekł w czasie deszczu. No i on wychodzi (dosłownie) w ten deszcz i tu wychodzi (metaforycznie) brak przedsiębiorczości u twórców reklamy. Bo ten pan wraca z tego deszczu czyściutki, pomimo tego, że psa trzyma w rękach. I dostaje TYLKO Aspirynę zamiast Aspiryny I super proszku do prania...
A tak a propos tego brudu od psa, to pytanie powstaje: kto nas okłamuje? Czy twórcy reklam o proszkach, którzy mówią, że jak jest okazja to sobie pobrudzisz ciuchy, czy raczej ci od Aspiryny? Odpowiedź wymaga przemyśleń, do których ja, człowiek wyrzucony ze studiów, nie jestem zdolny:)
A teraz sobie siedze w samych gaciach i robię jakieś głupoty (czytaj: nic) ;p
No, tyle właściwie.
Już prawie tydzień minął, jak sobie pofrunąłem z uczelni. Raz-dwa. Ale sprawy zaczęły przybierać trochę lepszy obrót - może to jeszcze tak naprawdę nie jest jeszcze przegrane wszystko. Czas pokaże.
Co do spraw codziennych, to też lepiej. Mam co robić ostatnio, więc nie myślę o tym, jak to jednak chujowo wszystko wyszło. Jest ok, choć ciągle jakieś takie dziwne uczucie wierci od środka, że tak za bardzo to ja nie wiem, gdzie ja jestem i po czo...
Wczoraj były zamieszki w Budapeszcie. Ładne miasto, szkoda jakby mieli zniszczyć. Ale te Madziary cholerne, mogłyby się nawzajem powybijać. Jeszcze jakby im wszyscy Czesi pomogli, po czym popełnili zbiorowe harakiri, to byłbym wniebowzięty:)
Książkowo ostatnio bogato. Przeczytałem fajną książkę takiego Ruskiego dziennikarza. 'Dreams on Hitler's couch'. Baardzo mnie się podobała. A teraz mam Stasiuka i 'Jadąc do Babadag'. Też fajne. No i w międzyczasie przeczytałem w końcu coś Coetzee, mojego południowoafrykańskiego patrona:)
Ok, ek moet nou bed toe gaan, want ek moet more baie vroeg opstaan!
Goeie nag:)
To nie będzie notka optymistyczna. Znów.
Człowiekowi wydaje się, że jest niezniszczalny, że nic go nie ruszy i że jak już sobie coś raz postanowi, to nikt go nie powstrzyma. Jak się okazuje, nie trzeba praktycznie żadnej siły fizycznej, żeby mnie pokonać. Wystarczy czteroosobowa komisja, ulewająca mnie po pierwszym roku. Dwukrotnie.
I nagle wszystko się zmienia. Każdy pieprzony szczegół jest inny, niż był do tej pory. Jazda durną windą, nie jest taka sama, jak choćby jeszcze dzień wcześniej. Wspólne piwo w 'Ptasim Radiu' nie jest takie samo. Pozamiatane po mnie jest. I wychodzę z tego budynku i... co teraz? Można się liczyć z czymś takim, ale kiedy przyjdzie jesteś zdziwiony jakby ktoś właśnie powiedział, że tak naprawdę to nie jesteś np. synem swoich rodziców.
Wiadomo. Są gorsze historie. Życie na studiach się nie skończy, bo i tak nie miało. Ale trochę inaczej miało to wyglądać. I nie pociesza mnie to, że wyleciało z 3/4 roku. Wręcz fakt, że większość moich znajomych też już nie studiuje dobija tylko.
No i... zostałem zrównany z moim byłym współlokatorem, który swoje studia przegrał na komputerze.
Ale teraz trzeba wziąć się w garść. I powalczyć jeszcze tam, gdzie mogę. A potem coś znaleźć. I ułożyć siebie samego, podnieść z tej rozsypki...
Bo innych też już ze mną kurwica strzela...
To nie była notka optymistyczna. Zdecydowanie.
Chciałbym napisać coś wesołego. Ale nie mogę. Wiem, że tysiące studentów ma poprawki. Że nie tylko ja. Ale, jak to nie raz się słyszy od rodziców, kiedy próbujesz się wytłumaczyć z czegoś złego; co mnie obchodzą inni? No właśnie. Co mnie, kurwa, obchodzą inni?
Prawda jest taka, że nie potrafię się odnaleźć w obecnej sytuacji. Brak jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek. Bo, tu się słów wyjaśnienia kilka należy, jest prawdopodobieństwo, że już nie studiuję. Mój wynik z dwóch egzaminów z Praktycznej Nauki Języka Angielskiego pewnie gdzieś tam już leży. Lecz, nie łaska człowiekowi to powiedzieć i dać mu święty spokój, nie?
Nie dość już, kurwa, poniżony.
Nie dość się, kurwa, stresuje.
Nie dość nie wie, kurwa, co ma robić w razie czego.
Ale, kurwa, nie, fajnie jest. Zajebiście. Wszystko super. Naprawdę. Wszyscy świetnie się bawią. Tylko jakby tak, kurwa, trochę jednak niefajnie. A jakby mnie kto szukał od października, to niestety nie jestem w stanie powiedzieć gdzie.
Na bezdrożu jakimś.
No i do tego Marcinek znów wariuje emocjonalnie. Na punkcie oślizłej Wieśniary, co telefonami rzuca i się w kiepach lubi kąpać. Ale Marcinek tak już ma - lubi wieśniary;p
I był z Wieśniarą w kinie ostatnio. W kinie, bo Wieśniara potrafi wszystko zepsuć i nawet jak się idzie z nią na film to i tak się ląduje w kinie.
W każdym razie, to siedzę rozkraczony na dwóch hulajnogach, a każda jedzie coraz dalej w inną stronę. I sztuką teraz będzie tak się wywrócić, żeby nie bolało, bo, jak pokazuje doświadczenie, na hulajnodze się wywrócić to nie sztuka. To standard.
'I to, że se mogę, kurwa, posolić ubranie, to kurwa też mam w dupie!'
Jutro pójdę se porąbać drewno. To, to akurat umiem. Bo do reszty, to się po prostu nie nadaję.
I tyle.
!!! 'Wake me up when September ends' !!!